środa, 15 listopada 2017

Oszczędzanie? Nie bardzo. Rozsądne wydatki? Jak najbardziej!


Zaledwie parę dni temu przydarzyła mi się historia, która stała się zarzewiem dyskusji między mną, a koleżanką. Wywołała ona bowiem spór, na temat tego czym różni się oszczędzanie od rozsądnych zakupów. Cała sytuacja prezentowała się następująco:

wtorek, 7 listopada 2017

Seria ślubna: dekoracje glamour.

Temat dekoracji przerażał mnie właściwie od samego początku, nie miałam bowiem żadnej konkretnej wizji jak nasza sala ma wyglądać. O ile wiedziałam czego szukam w temacie sukni, fryzury czy makijażu, o tyle dekoracje to była odległa galaktyka. Dodatkowo w naszym sezonie królował styl rustykalny, który od ręki skreśliłam, mimo miliona sugestii, że może jednak, bo to takie ładne. W końcu o decyzji przeważył wybór sali, był to elegancki dworek z pięknymi złotymi, kryształowymi żyrandolami i mnóstwem białych kwiatów. Tym samym klamka zapadła: miało być złoto, biało i różowo, w stylu klasycznej elegancji dawnej arystokracji. Nasz budżet określiliśmy na maksymalnie pięć tysięcy i całkowicie zaufaliśmy dekoratorce.

piątek, 3 listopada 2017

Dlaczego już nigdy nie będę pracować w sieciówce?


Pozwolę sobie nie wymieniać z nazwy sklepu, w którym spędziłam okropne dwa miesiące z życia, powiem jedynie co sekretem nie jest iż należy on do jednej z najbardziej znanych w Polsce sieci odzieżowych. Te dwa miesiące były dla mnie prawdziwym psychicznym piekłem. Przeszłam swoje, potem cały miesiąc odchorowywałam nim byłam gotowa podjąć nową pracę. Dlaczego wspominam to aż tak źle?

niedziela, 20 sierpnia 2017

Seria ślubna: Drobne elementy dekoracji, czy warto robić je samemu?


Dzień przed ślubem byłam bliska organizacyjnej histerii. Zwoziliśmy ozdoby na salę i równocześnie odkryłam, że złamała się jedna z cyferek na stoły jak i pomyliłam się w liście gości. Pamiętam, że ze złości zmięłam przygotowany plan stołów i wyszłam zapalić, zostawiając świadków i narzeczonego skonsternowanych moim wybuchem. Do wesela było mniej niż 24 godziny, a ja czułam, że całkowicie poległam na polu organizacyjnym i przeklinałam moment w którym zdecydowałam się pewne rzeczy zrobić samodzielnie. Odsłon tej bitwy było kilka. A oto i one.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Glasgow - szkockie miasto Pottera.


Kiedy do Glasgow przeprowadzała się moja przyjaciółka, skojarzeń z tym miastem mi nie brakowało. Na hasło "jadę do Szkocji" miałam przed oczami szkockie spódniczki, Harrego Pottera, zielone piwo i piękny brytyjski akcent. Niestety, gdy ona wyjechała na studia, ja musiałam nieco więcej czasu poświęcić swoim zajęciom w Polsce w efekcie czego do Glasgow udało mi się wyrwać jedynie na krótki, marcowy, deszczowy weekend. O wyjeździe wiosną zdecydowały ceny biletów, wizz air miał akurat wielkie promocje i udało mi się upolować lot Katowice-Glasgow za 120zł w dwie strony. Przyleciałam w piątek wieczorem i po raz pierwszy w mej lotniczej historii, zdarzyła mi się sytuacja, gdy nie mogliśmy wylądować. Nad Glasgow przechodziły akurat niezłe burzę, a samolot ilekroć próbował wylądować chybotał się na boki, niczym statek na morzu. Po drugim nie udanym podejściu nastraszono nas możliwością lądowania w Londynie, ale na szczęście przy trzeciej próbie w końcu uderzyliśmy kołami o ziemie. Glasgow skryte w nocnym mroku ze strugami deszczu lejącymi się z nieba i niesamowitym bałaganem na lotniskowym parkingu, sprawiło, że swój pierwszy dzień zakończyłam z podejściem: byle do poniedziałku.
Designed by Blokotek. All rights reserved.